Hodowla zwierząt gospodarskich zajmuje znaczną część gruntów rolnych. Sam ten fakt jednak niewiele mówi o jej rzeczywistym wpływie na środowisko. Kluczowe pytanie brzmi nie tyle ile ziemi zajmuje hodowla, lecz w jaki sposób ta ziemia jest wykorzystywana.
Badania pokazują, że odpowiednio prowadzony wypas może wspierać bioróżnorodność i pomagać utrzymać funkcjonowanie ekosystemów, zwłaszcza tam, gdzie w przeszłości występowały duże roślinożerne zwierzęta. Nie jest to zjawisko nowe. Ludzie oddziałują na krajobraz od tysięcy lat, a wiele terenów, które dziś uznajemy za „naturalne”, powstało w wyniku długiego współistnienia człowieka, zwierząt i procesów przyrodniczych. W debacie często mówi się także o koncepcjach „land sparing” i „land sharing”, które próbują określić, czy lepiej oddzielać produkcję od natury, czy łączyć ją z mniej intensywnym użytkowaniem ziemi.
Choć współczesne rolnictwo w dużej mierze opiera się na uprawach roślinnych, hodowla zwierząt pozostaje z nim ściśle powiązana. Dlatego próby całkowitego oddzielania produkcji rolnej od przyrody nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty. W wielu regionach świata to właśnie rolnictwo o umiarkowanej intensywności pozwala jednocześnie produkować żywność i zachować wartości przyrodnicze krajobrazu.

Różne systemy hodowli, różne skutki
Hodowla zwierząt nie jest jednorodna. Poszczególne systemy różnią się zarówno pod względem skali produkcji, jak i wpływu na środowisko.
Systemy ekstensywne opierają się na wypasie i wykorzystaniu naturalnej roślinności. W takich warunkach zużycie nawozów, paliw i pasz z zewnątrz jest ograniczone. Przy właściwym zarządzaniu wypas pomaga utrzymać otwarte krajobrazy, poprawia strukturę gleb i zmniejsza presję na grunty orne. Choć towarzyszy mu emisja metanu, w wielu przypadkach jest ona częścią naturalnych cykli biologicznych. W literaturze często określa się to również jako wypas regeneracyjny (regenerative grazing), będący współczesną formą odtwarzania roli dawnych megafaun.
Innym rozwiązaniem są systemy intensywne powiązane z lokalnym zapleczem rolnym. Zwierzęta utrzymywane są w budynkach, ale pasza pochodzi z okolicznych pól, a nawozy naturalne wracają na ziemię. Takie gospodarstwa są bardziej wydajne i stabilne produkcyjnie, choć ich wpływ na bioróżnorodność jest mniejszy niż w przypadku wypasu. Część takich gospodarstw korzysta też z energii odnawialnej lub tradycyjnego przetwarzania pasz, co zmniejsza zapotrzebowanie na paliwa kopalne.
Największe wyzwania środowiskowe pojawiają się tam, gdzie hodowla opiera się na dużej koncentracji zwierząt, imporcie pasz oraz wysokim zużyciu nawozów i energii. W takich systemach trudniej zamknąć obieg składników odżywczych i ograniczyć emisje. Dotyczy to m.in. dużych ferm określanych jako CAFO (Confined Animal Feeding Operations). W wielu krajach uzupełnia się je wypasem ekstensywnym i późniejszym tuczonym żywieniem w systemach zbliżonych do feedlotów, co może poprawiać obieg składników, jeśli jest odpowiednio zarządzane.
Warto też pamiętać, że tzw. ulepszone pastwiska stały się bardziej produktywne dzięki nawozom mineralnym wytwarzanym w procesie Haber–Bosch. Przykładowo w Wielkiej Brytanii biomasa roślinożerców wzrosła dzięki temu ponad trzykrotnie, choć kosztem większego zużycia nawozów i osłabienia bioróżnorodności.
Metan, soja i uproszczone wnioski
Metan pozostaje ważnym elementem oceny hodowli zwierząt, ale także tutaj decydują szczegóły. Systemy oparte na lokalnych paszach i dobrze zarządzanym obiegu nawozów funkcjonują inaczej niż te, które zależą od importu surowców.
Podobnie bywa z oceną upraw soi. Często jej rozwój tłumaczy się wyłącznie zapotrzebowaniem na paszę dla zwierząt. Tymczasem soja jest również podstawowym surowcem do produkcji oleju spożywczego, który ma wyższą wartość ekonomiczną niż śruta paszowa. Oznacza to, że zarówno żywność dla ludzi, jak i pasze wpływają na decyzje dotyczące zwiększania areału upraw. Warto dodać, że śruta stanowi ok. 81% masy ziarna soi, lecz to olej – mimo mniejszego udziału – bywa bardziej wartościowy ekonomicznie, dlatego oba produkty w równym stopniu determinują zmiany użytkowania ziemi.
Dlaczego nie każda ziemia powinna być zalesiona
Zalesianie odgrywa ważną rolę w polityce klimatycznej, ale nie jest rozwiązaniem uniwersalnym. Wiele pastwisk i łąk to naturalne ekosystemy otwarte, które nie są przystosowane do trwałego zalesienia.
Dotyczy to między innymi sawann, terenów podmokłych czy krajobrazów parkowych strefy umiarkowanej. W takich środowiskach znaczna część węgla magazynowana jest w glebie, a nie w drzewach. Przykłady regionów takich jak Pantanal czy Llanos pokazują, że próby przekształcania ich w lasy mogą prowadzić do gorszego bilansu środowiskowego, zwłaszcza ze względu na ryzyko pożarów i utratę węgla glebowego. Dodatkowo plantacje leśne w takich miejscach mogą pogarszać bilans klimatyczny poprzez zmiany albedo i większą podatność na pożary.
Mimo to modele użytkowania ziemi często nie uwzględniają tych różnic, co w przeszłości prowadziło do kontrowersyjnych programów zalesiania, również w Europie Północnej. Pomijane są przy tym emisje dzikich roślinożerców po wycofaniu hodowli oraz korzyści wynikające z dobrze prowadzonych systemów wypasu. Nie zawsze bierze się pod uwagę, że wiele z tych krajobrazów ewoluowało pod wpływem ognia i presji roślinożerców, więc nie są one „z natury” lasami.
Wśród nowszych podejść warto wspomnieć o wykorzystaniu emu jako modeli MOA (Models of Agriculture) w Nowej Zelandii, które pomagają prognozować wpływ różnych praktyk, oraz o brazylijskiej inicjatywie Carbon Neutral Beef, łączącej wypas, zadrzewienia i precyzyjne zarządzanie, aby równoważyć emisje i zwiększać wartość produkcji.
Wnioski
Wpływ hodowli zwierząt na środowisko i użytkowanie ziemi nie daje się opisać jednym wskaźnikiem ani prostą regułą. Zależy od lokalnych warunków, rodzaju produkcji i sposobu zarządzania. Uproszczone modele mogą prowadzić do błędnych decyzji – zarówno w polityce rolnej, jak i klimatycznej. Rzetelna ocena wymaga uwzględnienia wiedzy ekologicznej i realnego funkcjonowania krajobrazów, a nie tylko teoretycznych założeń.

